Tytułem wstępu. Czyli o samotności ze sobą, samotności wśród ludzi.
listopad 22, 2007 autor eversed
Samotność człowieka i nieustannie mu towarzysząca świadomość stanowi najprawdziwszy dowód jego wyjątkowości. To samotność, niemożliwa bez świadomości, która postępuje za samotnością jak cień, która ją wyprzedza, bez której samotność rozwiewa się bezpowrotnie w chwili śmierci. W chwili snu. To ona doświadcza nas smutkiem. Rozpaczą. Ona wywołuje w nas miłość, przywiązanie, altruizm i humanitaryzm. Wszystkie rzeczy wielkie i małe. Wszystko, co potwierdza nas samych, nam samym, wśród innych. Nasze ostateczne uwikłanie, uwięźnięcie w ciele tworzy z nas jednostki, świadome swej odrębności, zdolne w oparciu o tę odrębność zbudować sztukę, filozofię, naukę, religię. Domy, wsie i miasta, z których każde podkreśla naszą naturę jednostek, podkreślając potrzebę doświadczania wspólnoty. Każdy pokój zamknięty jest drzwiami, lecz każde drzwi wyprowadzają nas na zewnątrz. Zamknięte drzwi budzą lęk. Zamknięte pokoje przypominają nam nas samych, zamkniętych w ciałach. Oczy są naszymi oknami. My sami skuleni na podłodze, jesteśmy świadomością. Jesteśmy duszą. Lecz czy jesteśmy tam naprawdę?
Dotyk, wszystkie mechanizmy regulujące sferę dotyku uświadamiają nam, że bariera, jaką jest ludzkie ciało, zawsze prowokowała do przebycia jej, fascynowała jako tajemnica. To poza naszym ciałem znajduje się tajemnicze „ w głąb” terytorium tak inspirujące a zarazem obce naszej wyobraźni jak nieskończona pustka kosmosu.
Nasze ciało to nasza twierdza, każde dotknięcie obcej dłoni jest jak naruszenie jej granic. Każda czuła pieszczota staje się próbą pokonania naszej „otherness”, osiągnięcia Cortazarowskiej „toghetherness”. Choćby miała być chwilowa. Zazdrośnie strzeżemy własnej odrębności, lecz bardziej jeszcze zazdrośnie zerkamy na wysiłki innych, by ową odrębność pokonać. I trudno ocenić, czy czynimy to z lęku przed ich sukcesem czy porażką.
I może na tym też polega nasze nieszczęście, że chcemy mieć wszystko. Chcemy odczuć wspólnotę, lecz nie potrafimy zrezygnować z posiadania kontroli. Wyzbycie się tej najgłębiej w nas zakodowanej samotności nie może zaistnieć bez całkowitego oddania. Zaufania, jeżeli tak chcemy to nazwać. A dopóki świadomi jesteśmy swoich większych i mniejszych niecnych pragnień, żądz, naszej marności i tabu, które tę marność otacza, nie stać nas na tak definitywne odkrycie. I wbrew temu, jak wygląda to z perspektywy wieków, w oczach badaczy, studiujących dokumenty zamierzchłej przeszłości, zmiana nigdy nie następuje z dnia na dzień. Zmiana buduje się powoli. Telewizja nie od początku była kolorowa, obrazowi na ekranie nie od zawsze towarzyszył dźwięk. Oglądając obecnie filmy z lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia (czy rzeczywiście aż stulecia nas dzielą?) nie możemy się nadziwić jak wiarygodne wydawały się nam wtedy osiągnięcia montażystów i techników pracowicie preparujących monstra z kosmosu, czy makabryczne katastrofy. Przecież teraz wyraźnie dostrzegamy, że potwory były z gumy, a płonące budynki z dykty. Lecz wtedy… wtedy widzieliśmy to, co widzieć chcieliśmy, wtedy obrazy te były wiarygodne.
Już Jaron Lanier zauważył, że VR, świat rzeczywistości wirtualnej (to jemu zresztą zawdzięczamy zarówno sam termin jak i znaczący rozwój zjawiska) funkcjonuje tylko dzięki niedoskonałości ludzkich zmysłów i domyślności dopowiadającego sobie resztę obrazu mózgu. Virtual reality staje się w ten sposób procesem psychologicznym, a obserwowana przez nas rzeczywistość codzienna bardziej niż kiedykolwiek staje się rzeczywistością przez nas wyobrażoną, nawet jeśli nie wymarzoną.
Nie obudzimy się z dnia na dzień w świecie, który już nie będzie prawdziwy, przynajmniej w stopniu nie większym niż dzieje się to obecnie. Powolnie rozwijająca się doskonałość rzeczywistości wirtualnej będzie w nas wrastać stopniowo, przyzwyczajając się do nowych jakości będziemy cały czas świadomi ich niedoskonałości. Z kolei VR też będzie miało moc twórczą – wykreuje nowego człowieka, nowe masy. Powstanie nowa społeczność, nowa ludzka kategoria – społeczeństwo virtual reality. Być może drzewa w ich świecie będą różowe. Z pewnością nie będą żywe. A ich lasy będą jakościowo nieporównywalne z naszymi lasami – które być może posłużyły im za wzorzec, lecz któż pamięta o wzorcach?
Redefiniowaniu ulegnie kategoria piękna. Do tej pory zawsze związana z naturą – jako, że cały świat sztuki, kolebka piękna był z naturą związany. Z kolorami, które dawała natura, z jej fakturami, kształtami, zapachami i dźwiękami. VR daje nowe możliwości – i pod tym względem jest dowodem na wyrastanie człowieka ze świata, z którego się wywodzi. VR może pozwolić urzeczywistniać ludziom ich duchowy pierwiastek. Spełni tym samym rolę zarówno sztuki, jak i religii. Społeczeństwo VR będzie miało swoje własne piękno. I swoją własną historię. Swoją własną ewolucję. Własny język. Napisze sobie na nowo Biblię. Iliadę. Boską Komedię. Makbeta. Będzie miało swego Platona, Sokratesa, Augustyna, Kanta, Nietzschego czy Heideggera. Swoją Joannę d’Arc i markiza de Sade. Może uda się im uniknąć Hitlera.
Matrix i walka jego bohaterów nie jawi się w tym świetle jako walka z bezlitosnym systemem, czy maszynami jako antagonistami człowieka, ale desperacką próbą utrzymania więzi z cielesnością, doświadczania życia przez zmysły, nie wyobraźnię. Jeszcze jedna wizja – wizja wykreowanego sztucznie świata, który do złudzenia podobny jest do naszego (i podobny być musi, by ludzie chcieli w nim żyć bez zadawania pytań) – też nagle wydaje się mniej wiarygodna.
Sieć jest wielką metaforą. A jednak wszystkie twórcze siły produkcyjnych gigantów skomputeryzowanego świata skupione są na doskonalszym zmysłowym uczestniczeniu w świecie sieci. Byśmy moli poczuć zapach, usłyszeć głos, doskonalej zobaczyć. W sieci wzrasta nasza kreacja, nasze poczucie sprawstwa. Ludzie, z którymi się kontaktujemy dają nam szkic siebie, ale to my wypełniamy go treścią. Przyjaźń staje się modularna, możesz wypisać listę cech, których poszukujesz i skontaktować się z … nimi. Bo nie z człowiekiem. Wybieramy typy osobowościowe, nie osoby – i swobodnie z nich rezygnujemy, orbitując w świecie ofert, bez wyrzutów sumienia. I wciąż nie potrafimy przełamać samotności.
Nie spoczniemy na świecie wirtualnym. Bycie tam jest pozorne. Pozorne są rozstania. A jednak wciąż … jeżeli ktokolwiek (cokolwiek) mogłoby wnieść autentyczność w tę najbardziej nieautentyczną ze sfer, to tylko człowiek. Tworzymy ekstrakty z innych i tworzymy ekstrakty z siebie. Chciałoby się wierzyć, że wszystkie mają słodki smak, ale zachodzące pomiędzy nimi reakcje chemiczne wywołują słoność łez. Emocjonalna eskalacja (której przecież namiętnie poszukujemy – my, poddający swoją zdolność odczuwania w nieustanną wątpliwość) wciąż jednak pozostaje doznaniem indywidualnym – i rozrzedza się, traci moc w sieci.
I może tak jest rzeczywiście i zawsze było – że nie interesuje nas reakcja, jesteśmy za bardzo pogrążeni w sobie. Kiedy płaczemy, ktoś z kim jesteśmy właśnie w kontakcie wcale nie musi także płakać, ale cóż to za możliwości dla naszej wyobraźni. Nigdy nie było łatwiej o idealnego (bezosobowego) kochanka, czy przyjaciela. Sieć pod tym względem staje się lustrem, nie oknem. Nie pragniemy zaglądać w żaden inny świat – jak tylko nasz wewnętrzny. Sieć jest najpełniejszą realizacją tkwiącego w nas narcyzmu. A gdy lustro przestanie odbijać wizerunek, który pragniemy dostrzegać, zawsze można ustawić je pod innym kątem.
Sieć redefiniuje naszą świadomość, naszą obecność – oh, żebyśmy w realu też mogli stać się niewidoczni… Jest skarbnicą wiedzy i ludzkich osiągnięć – a tempo w jakim się rozszerza przypomina kosmos po Wielkim Wybuchu. Lecz jest także krzywym zwierciadłem - parodiuje nas, eksponuje nasze słabostki.

