Już teraz – właśnie teraz – w policzalnym ZA-ŻADNĄ-CENĘ-NIE-FATALISTYCZNYM świecie, kiedy nic nie ma prawa pozostać tajemnicą – rodzi się nowa duchowość. Nowa religijność. Religijność ateisty, który zawładnął nad żywiołem, który niegdyś wielbił – i stwierdził, że obalając moc powrócił w swą samotność. Rodzi się nowa mityczność. A mitem staje się wszystko.
W epoce wszechobecnej, sterylnej cywilizacji wydobywamy z nas na nowo naszą zapomnianą pierwotność. Jesteśmy trzeźwi do bólu i jednocześnie nieprzytomnie pijani poszukiwaniem Absolutu, który oficjalnie wypada zanegować.
Człowiek pragnie ożywić sny, napełnić je namacalną (nawet względnie) treścią. Świat VR wydaje mi się przedziwnym puzzlem z luźno połączonych elementów, zazębiających się intymnych sfer, w których będą przebywać Śniący. Niegdyś ludzie? Wciąż ludzie.
Człowiek wysublimuje się. Zniknie brzydota.
Tak przynajmniej będziemy wierzyć na początku. Bo ludzka wizualna doskonałość ujawni nam tym dosadniej nasze wewnętrzne skarlenie.
Nasze wewnętrzne garby.
Wewnętrzne kalectwo.
Człowiek wysublimuje się, bo przecież tak działa epokowa zmiana. I pozostanie człowiekiem. Budzi się już w nim intuicja, przeczucie kształtu jutra – pragnie i obawia się zmiany, którą instynktownie wyczuwa w powietrzu.
VR to wyzwanie dla tego, czym jest człowiek w głębi swej istoty – sprawdzian dla potęgi jego wyobraźni, jej spójności i konsekwencji, test dla tworzenia zmysłowości poza sferą zmysłów. Będziemy piękni, długowieczni, magiczni. Będziemy czymś więcej niż ludzie. Będziemy zaprzeczeniem krótkotrwałości i brzydoty.
I życia.
A jeśli będziemy tylko tacy… nie zmienimy się wcale. Wciąż jednak jest to wizja przyszłości – która spełnić się może, lecz nie musi. Będąc o krok od zewnętrznej doskonałości człowieka, paraliżuje lęk, że piękna powłoka odkryje wewnętrzną pustkę.
Już teraz – właśnie teraz – w policzalnym ZA-ŻADNĄ-CENĘ-NIE-FATALISTYCZNYM świecie, kiedy nic nie ma prawa pozostać tajemnicą – rodzi się nowa duchowość. Nowa religijność. Religijność ateisty, który zawładnął nad żywiołem, który niegdyś wielbił – i stwierdził, że obalając moc powrócił w swą samotność. Rodzi się nowa mityczność. A mitem staje się wszystko.
W epoce wszechobecnej, sterylnej cywilizacji wydobywamy z nas na nowo naszą zapomnianą pierwotność. Jesteśmy trzeźwi do bólu i jednocześnie nieprzytomnie pijani poszukiwaniem Absolutu, który oficjalnie wypada zanegować.
Rosnąca popularność egzotycznych religii zdaje się być jednym z bardziej oczywistych na to dowodów. Mniej oczywistym dowodem jest rosnąca popularność fantastyki.
Fantastyka to baśń. Baśń to legenda. Legenda to mit. Fantastyka to zakamuflowana tęsknota, którą kiedyś zaspokajały mistyczne, magiczne, religijne rytuały. Wciąż ta sama tęsknota. Powtarzalność pewnych tematów w fantastyce mówi nam dużo o tym, czego pragniemy, czego się boimy.
Boimy się pustego nieba, nawet jeśli ceną za zapełnienie go jest obecność piekła. Ale boimy się także konieczności wyrzeczeń. Boimy się wszechwidzącego oka, które może w nas zaglądać i dostrzegać to, na co sami zamykamy oczy. Uwielbiamy podglądać, więc projektujemy to zachowanie na każdy, nawet wyobrażony byt.
Zachowujemy się jak przerażone dzieci, które chowają się pod kołdrą, sądząc, że będą tam bezpieczne. Rytualizujemy nawet drobne, nieistotne sprawy. Dotkliwie odczuwamy brak sacrum. Celebrujemy każdy mit. Wierzymy, ze tylko to przegoni profanum, które nosi w sobie każdy z nas.
Tworząc idealnego człowieka, stworzymy także idealnego ludzkiego boga. Pojawi się – może tajemniczy byt w sieci, o którym pisało tylu twórców sci-fi. Wkrótce zapomnimy o tym, że to jedynie nasze dzieło – i pozwolimy mu się zdefiniować, uwierzymy w niego, tak jak nasi przodkowie uwierzyli w Boga chrześcijańskiego.
Nawet sztuczne ucho jest lepsze od żadnego. Byle słuchało próśb. W świecie wirtualnej rzeczywistości… Będę tęsknić za zmarszczkami na ludzkiej twarzy – najbardziej poruszającą ludzką opowieścią, za drobnymi potknięciami natury w jej wielkich dziełach – bo nasza niedoskonała fizyczność i niedoskonała duchowość są komplementarne. Stanowią o równowadze. Bez niej osiągniemy rzeczywiście – pełnię.
Piękna. I brzydoty.
Udoskonalimy nasze odwieczne kłamstwa.

