Teleobecność.
grudzień 7, 2007 autor eversed
Przenikająca świat rzeczywistości wirtualnej idea uczestnictwa i obecności świadczy o tym, że pewien punkt ciężkości życia społecznego został przeniesiony w świat nieistniejący materialnie. W definicji środowiska lokalnego pewna łączność terytorialna pomiędzy jego członkami stanowi część integralną.
Ponadto uczestnik wirtualnego świata nie jest tylko bezwolnym obiektem podejmowanych przez nadawcę działań, lecz sam może, chce czy nawet powinien zostać współautorem komunikatów. Na ile rozszerza to zasięg autonomicznej indywidualności, a na ile paradoksalnie służy upowszechnieniu stereotypów, komunałów i populizmów, pozostaje kwestią otwartą.
Jonathan Steuer („Defining Virtual Reality:Dimensions Determining Telepresence“) pisze: „połączenie immersji i interaktywności prowadzi do efektu znanego pod nazwą teleobecności. Teleobecność to stopień do jakiego jednostka czuje się bardziej obecna w środowisku medium niż w bezpośrednim fizycznym otoczeniu… To środowisko może być zarówno tymczasowe, jak i przestrzennie odległe od otoczenia rzeczywistego… może być także animowanym i nieistniejącym wirtualnym światem, wygenerowanym przez komputer.”
Zdaniem Steuera, osiągnięcie teleobecności wymaga spełnienia trzech warunków:
-potrzeby odczuwania trójwymiarowości obrazu
-głębi informacyjnej
-zakresu, rozpiętości informacyjnej – liczba jednocześnie występujących wymiarów zmysłowych – osiągana przy współudziale dźwięku, obrazu, stymulatorów węchu. Pod tym względem VR nie jest medium samym w sobie, lecz syntezą wszystkich mediów
Z kolei Thomas Sheridan („Musings on Telepresence and Virtual Presence“) mówi o kontroli relacji zmysłów względem otoczenia, przez którą rozumie zdolność użytkownika do swobodnego poruszania się wewnątrz VR, która dostosowuje się do jego pozycji, umożliwiając mu obserwację i istnienie w każdej z nich. Obejmuje to także stan opuszczenia ciała i umieszczenie świadomości w obcych obiektach.
Frank Biocca („Virtual Reality Technology: A Tutorial“) znowu mówi o „znikającym komputerze” – kiedy użytkownik pozostaje nieświadomy fizycznego twórcy danych, wśród których przebywa (komputera właśnie). Nie postrzega ich jako bajtów, pixeli i kodów binarnych lecz odbiera przestrzeń jako nie zapośredniczoną w medium.
Przezroczystość sprzętu komputerowego w tym momencie postuluje obalenie popularnego mitu – personifikacji komputera, jako autonomicznego umysłu.
Zanikanie komputera wymaga zastąpienia arbitralnych kodów przez proste gesty komunikacyjne. Instrukcje w kodzie binarnym ustąpiły niegdyś miejsca językowi assemblerowemu, ten z kolei rozwiniętym językom o składni charakterystycznej dla języków naturalnych. Potem słowa kluczowe zostały zastąpione przez uzasadnione ikony. Gdy komputer zacznie rozumieć komendy słowne, głosowe, klawiatura stanie się zbędna. Kolejnym krokiem będzie objęcie wyświetlanym obrazem całej wizji użytkownika (prędzej niż tworzenie świata-poza-światem, oddzielonego od rzeczywistości ramą monitora). Na końcu zaniknie sam język, zastąpiony przez działania fizyczne.
Jednocześnie umiejscowienie komputera w płaszczyźnie niewidocznej postuluje w pewnym stopniu uznanie go za medium niewiele znaczące, komunikujące samym sobą. Ma to być może zbliżyć nas o krok ku Wielkiej Mątwie z Caddlefish, w której wspominał Jaron Lanier w 1997 r., we Wrocławiu. Pośrednikiem na tyle nieistotnym, by pozwolić sobie zapomnieć o tym, że wciąż jest. Między nami.
Demonizacja komputera posiadającego swoją własną osobowość, osobowość pozbawioną moralnych zahamowań i słabości charakterystycznej dla ludzkiego, emocjonalnego postrzegania - a jednocześnie kierującego się pobudkami jakże charakterystycznymi dla człowieka, bardzo silnie wpisała się w popularne opinie dotyczące naszej przyszłości. Naukowe przekonanie o przezroczystości i czysto służebnej roli technologii wydaje się być popadaniem w drugą skrajność. Jak to zwykle bywa – dzień jutrzejszy zapewne nas zaskoczy, w sposób który trudno przewidzieć, jednak historia nauczyła nas już, że wynalazek nigdy nie ma całkowicie zgubnego znaczenia – ale też nigdy nie ma znaczenia wcale.
Jaron Lanier od lat współpracuje przy projekcie tele-immersji, która określa jako ultra-realistyczną, pełnowymiarową wideokonferencję 3D, dzięki której ludzie mogą poczuć się, jakby byli rzeczywiście razem.
Rozpatrujemy teleobecność w kontekście rzeczywistości wirtualnej, a wydaje się, że pomiędzy nimi jest znaczeniowa przepaść. Otchłań otwiera się w ludzkim postrzeganiu, w ontologii i epistemologii. Ken Goldberg („Virtual Reality in the Age of Telepresence“) wierzy, że relacja pomiędzy VR a teleobecnością jest taka sama, jak między obrazem i zdjęciem. rzeczywistość wirtualna to rzeczywistość symulakrów, konstrukcji syntetycznej, z kolei teleobecność zapewnia dostęp do zdalnego środowiska fizycznego. Doświadczeniem teleobecności jest raczej dystans niż symulakrum.
Użytecznym zastosowaniem teleobecności może być jej zastosowanie w badaniach kosmosu, środowiska podwodnego czy w potrzebach medycznych. Samo źródło słowa wywodzi się z pracy Marvina Minsky’ego, który stworzył je, odwołując się do wyrazu „tele” ( z greckiego – odległość) i „obecność”. Tak jak i konstrukt wirtualna rzeczywistość, teleobecność także jest oksymoronem. Definiuje ją natomiast „prezentacja percepcyjnych informacji, która rości sobie prawo do zgodności ze zdalną fizyczną rzeczywistością”. VR prezentuje otoczenie wyobrażone, teleobecność zaś – rzeczywistą, jednak zdalną perspektywę. Rozróżnienie to stanowi o głębokiej przepaści pomiędzy tymi pojęciami.
Obecnie żyjemy w Wieku Teleobecności – gdzie komunikacja, komputeryzacja i robotyzacja zapewniają perspektywę na (z)dalne terytorium.
Michael Heim („The Metaphysics of Virtual Reality“) mówił z kolei o jeszcze innym aspekcie teleobecności:
Istnienie robotów to kolejny, odrębny aspekt rzeczywistości wirtualnej. Być gdzieś, lecz być tam zdalnie to właśnie oznacza wirtualność. VR oferuje nam teleobecność kiedy jesteś gdzieś obecny, będąc jednocześnie daleko stamtąd – obecny w rozumieniu świadomości, efektywności, oraz zdolności do podejmowania działań, operowania narzędziami w taki sposób, jakby się tam było fizycznie. Definiowanie VR poprzez teleobecność wyklucza działania w dziedzinie wyobrażonych światów sztuki, matematyki i rozrywki. Teleobecność w robotyce oznacza rzeczywistą ludzką działalność w rzeczywistym świecie przy braku obecności człowieka w tej lokalizacji. Mike McGreevy i Lew Hitchner spacerowali po Marsie, nie będąc tam osobiście.
Teleobecność w medycynie ofiarowuje lekarzom możliwość wniknięcia w ciało pacjenta, nie dokonując jego otwarcia. Lekarze medycyny jak pułkownik Richard Satava, czy Joseph Rosen systematycznie uciekają się do teleobecnych operacji, usuwając woreczki żółciowe bez użycia tradycyjnego skalpela. Pacjent wraca do formy po takim zabiegu dziesięciokrotnie szybciej, jako że jego ciało pozostaje generalnie nienaruszone. Jedynie dwa nacięcia są niezbędne dla wykonania zabiegu laparoskopowego. Teleobecność umożliwia chirurgom przeprowadzanie skomplikowanych operacji, bez konieczności ich fizycznej obecności.
Jednakże zezwalając lekarzowi na bycie-bez-obecności należy wspomnieć, że jest to miecz obosieczny. Teleobecność zapewnia człowiekowi zdalną kontrolę nad pewnymi działaniami, jednak wywarza tym samym psycho- technologiczny dystans pomiędzy lekarzem i pacjentem. Chirurdzy mawiają, że bezpośredni kontakt z pacjentem ginie gdzieś w przestrzeni bitów i bajtów.
Jednak fakt pozostaje faktem, rzeczywistość wirtualna, mimo jej definicyjnie iluzyjnej natury, nie istnieje bez bytów je zamieszkujących. Nieograniczona, niewyobrażalna jak przestrzeń kosmosu, przestrzeń sieci jest w stanie wchłonąć nieskończoną ilość istnień. Gigabajty danych zgromadzonych na tysiącach rozrzuconych po świecie serwerów tworzą wszechświat niewidzialny, a przecież wyrastający z kultury wzroku, skrywający alter ego swojej stale rosnącej populacji.
A propos kultury wzroku. Rzeczywistość wirtualna, której początki są już na wyciągnięcie ręki, ba! której początki otaczają nas już w tej chwili, mnie w momencie, w którym piszę te słowa, traktując jeszcze komputer jako środek do celu, nie jako cel (czy aby na pewno?) zdobywa sobie własne, nowe metody stygmatyzacji. Stygmatyzacji numerycznej – kiedy nieważne jest kim jesteś, ale ważne jaki masz numer. Im niższy tym lepiej – niejasna i nieoczywista oznaka statusu, bo rejestrowałeś się na samym początku, kiedy mało kogo było na to stać. Oznaka postępowości – bo zaistniałeś w sieci, jako jeden z wczesnych jej bytów. Nadaje ci to pewne uprawnienia – czyni z ciebie elitę. Jak w każdej społeczności, od tych najbardziej niszowych, ku tym popularnym.
Nie jest niczym dziwnym poszukiwanie unikalności i wyjątkowości w zbiorze milionów anonimowych jednostek. Nie jest czymś zastanawiającym w społeczności sieci wykupywanie wszystkich możliwych domen, uwzględniających nazwę twojej strony – tych, z których nigdy nie skorzystasz, ale co ważniejsze – z których nie skorzysta nikt inny. W sieci zanika gdzieś człowieczeństwo w jego tradycyjnym rozumieniu – nie liczy się twoja własna wizualność, liczy się wizualność twojej strony internetowej. Setki książek, które napisali psychologowie o pierwszym wrażeniu, a atrakcyjności fizycznej definiującej to pierwsze wrażenie, wbrew temu, jak bardzo cywilizowani jesteśmy – można by teraz przepisać na nowo. Przekształcić w teorie dotyczące znaczenia wizualnej atrakcyjności internetowej reprezentacji ciebie – twojej strony www, twojego blogu, twojego miejsca na ziemi (Tej nie fizycznej). Twojego niematerialnego ja.
Można by powiedzieć, że ocenia się twojego ducha. Po raz pierwszy, w końcu!, nie to jak wyglądasz, tylko to, kim jesteś. Czy rzeczywiście? Wniknięcie w istotę ciebie zdaje się w Internecie wymagać od próbującego znacznie większego wysiłku.
Dotychczas mówiliśmy, że kogoś znamy, kiedy wymieniliśmy z nim uścisk ręki i przedstawiliśmy się sobie. Teraz trzeba znać stronę współuczestnika relacji. Trzeba znać i wpisać wymagany adres (nigdy dotychczas obcy nie mieli tak łatwego dostępu do twego adresu. Sieć to większa i o ileż bardziej dokładna książka telefoniczna), przebić się przez zaporę strony głównej i tajemnicze zapisy menu. Trzeba się skupić. Trzeba wejść. Sieć w ogóle wydaje się sferą „wchodzenia” – i pod tym względem rzeczywiście jest sferą naszej aktywności, nie pasywności.
To prawda, oferty są nam narzucane. Nigdy nie wyświetla się nam pustka, kiedy włączamy przeglądarkę (chyba, że serwer nie działa, ale nawet wtedy narzuca się nam stosowna informacja). Jednak nasze własne, indywidualne bycie w świecie jest nieodzownie sprzęgnięte z naszym działaniem.
Zatem decydujemy się na kontakt – na kontakt z bytem jakim jest strona WWW, zewnętrzna (Czy aby na pewno? Wobec twórcy – na pewno. Ale wobec materialnego świata?) wizualizacja wnętrza człowieka, który ją stworzył – mnogość czynności, jakie w tym celu musimy podjąć wydałaby się zaskakująca, gdybyśmy choć na chwilę się przy tym zatrzymali.
Wszystko to wydaje się piękne. Wreszcie nie oceniamy książki po okładce. Właśnie… Wraca stara prawda, ze ludzie są tak naprawdę poznawczymi leniami. Używają skrótów myślowych i w przeważających wypadkach myślenia algorytmicznego, niż heurystycznego. Tworzą stereotypy i schematy. A wszystko po to, by zapewnić sobie maksymalizacje efektów przy minimalizacji nakładów środków. A atrakcyjność fizyczna nie może nagle stracić na znaczeniu w przypadku istot, które tak jak my polegają na zmysłach.
Wydajemy coraz to większe pieniądze na najlepsze na rynku karty graficzne, najnowsze monitory, drogie programy obróbki graficznej żeby osiągnąć piękno i dosięgnąć piękna.

