W cyberświecie zanurzeni…
styczeń 2, 2008 autor eversed
Pośrodku skali - drwiący chichot. Pozbawiony nonszalancji, na który stać jedynie profesjonalistów. Wciąż jeszcze maskujący brak pewności siebie, swej racji i wirtualnej egzystencji. Chichot zakompleksionych nastolatków (napawających się przywilejami kultury postfiguratywnej) i znudzonych prozą życia kur domowych, którym naukowy bełkot odbiera szanse na przeżycie romansu rodem z harlequina.
Potem ci wychowani w szacunku dla akademickich autorytetów. Ulegający ich demonom i demonom własnym. A jednak ufający, ze jeśli nie zanurzą się zbyt głęboko, otchłań ich nie wchłonie.
I na drugim końcu - znów obojętność. Bo jedna rzeczywistość to już jest zbyt wiele. Każda inna jest w równym stopniu odległa. I w równym wirtualna.
Immersja. Zanurzenie.
Są ci, którzy płyną. Ci, co dryfują.
Ci, co toną.
Co stoją na brzegu.
Są ci w jednoosobowych żaglówkach.
W Opty.
W jachtach, łodziach. Transatlantykach.
Titanicu. Britannicu.
Są surferzy.
Są ci, którzy morze tylko obserwują, bojąc się zanurzyć w nim stopę.
Są ci, którzy widzieli je tylko wzburzone.
Lub tylko spokojne.
I wierzą, że ich obraz jest jedynym obrazem.
Są ci, którzy napili się morskiej wody i wzgardliwie odrzucili ją, oskarżyli, wyczuwając w niej słoność łez.
Są ci zapatrzeni w swoje w wodzie odbicie.
Są ci przerażeni jego skrzywionym wyrazem.
Są ci szukający pereł.
I ci wsłuchani w śpiew muszli.
Są ci zarzucający sieci.
I ci w sieć zaplątani.
Są ci, z głębi lądu, którzy o morzu tylko słyszeli. Ci, którzy porównują je do jeziora. Czy bagna.
Ci, dla których morze to słowo bez treści.
Ci, dla których morze to może.
Ci, dla których morze to mit.

